Co może sprawić, że wcześniej pełen energii, zmotywowany pracownik straci zaangażowanie w swoją pracę? Może to coś związanego z relacją z zespołem lub z przełożonym, może to być feedback, który nie motywuje – ale także sama praca, czyli zakres obowiązków. Właśnie o tym ostatnim przypadku traktuje dzisiejszy artykuł.
Chcę pokazać, że nawet mała zmiana może zadziałać jak łyżka dziegciu w beczce miodu: zepsuć smak pracy, którą się lubiło. Drobny element codziennych obowiązków, który z pozoru wydaje się neutralny, a w rzeczywistości działa jak bajkowe ziarnko grochu, które nie pozwala cieszyć się innymi, niegdyś lubianymi zadaniami.
Z punktu widzenia menedżera może to być drobiazgiem, który można załatwić od ręki i zapomnieć, z kolei dla konkretnego pracownika – stać się codziennym przeciążeniem psychicznym. Spójrzmy na kilka przykładów, które ilustrują, co dzieje się, gdy do ogródka pracownika zostaje dorzucona “ta jedna rzecz”.
Zakłócony spokój
Wyobraźmy sobie osobę, która lubi pracować w ciszy i skupieniu, dłubiąc przy swoich projektach i nie wadząc nikomu. Lubi przewidywalność swojej pracy, to, że każdego dnia siada z kawą przy biurku i zatapia się w swoich zadaniach, w których jest świetna. Tworzy dla firmy wartościowe treści, oferty, projekty, kod – cokolwiek. Robi to w określonym porządku, w swoim wewnętrznym rytmie.
Pewnego dnia przychodzi szef i mówi, że od tej pory w każdym z artykułów, które pisze pracownik, będzie musiał znaleźć się cytat jakiejś osoby z branży. I że pracownik ma sam ten cytat załatwić – wyszukać autora, dogadać z nim treść cytatu, dopilnować, żeby w porę został dostarczony.
W ten sposób osoba, której umysł dobrze odnajdywał się w skupionej, spokojnej, długofalowej pracy jest zmuszana do przerywania jej zadaniem, które choć wydaje się krótkie i szybkie, w istocie wymaga szeregu czynności i dużej spontaniczności. Zadanie to zajmuje sporo czasu i rozbija dzień pracownika, który z niechęcią zaczyna myśleć o swojej pracy. Nowe zadanie staje się źródłem stresu, a nie rozwoju.
Pułapka kreatywności
I jeszcze inny pracownik, który nie lubi niczego wymyślać, ale lubi działać i załatwiać sprawy – jego główne zadania to codzienna obsługa klientów i skuteczne doprowadzanie spraw do końca. Rozmowy z dostawcami, wysyłanie zamówień, pilnowanie, żeby dotarły do adresata. Działanie tu i teraz, na konkretach, w realnej materii życia. W tym czuje się jak ryba w wodzie. Wyobraźmy sobie, że przychodzi do niego szef i mówi, że od dziś stawiamy na kreatywność. Pracownik ma za zadanie co tydzień stworzyć kilka niecodziennych pomysłów na to, jak przyciągnąć więcej zamówień.
Pracownik, który nie lubi wymyślać niczego abstrakcyjnego, na poniedziałkowych zebraniach poci się, żeby nie wyjść na ograniczonego i nieprofesjonalnego. Dwoi się i troi, by stworzyć jakiś pomysł i już w niedzielę wieczorem stresuje się tym, że będzie musiał zaprezentować go przed szefem.
Przychodzi spotkanie. Szef, który ma w sobie naturę innowatora, wysłuchuje pomysłów pracownika. Nie jest nimi zachwycony, wydają mu się one wymuszone i wtórne.
Pracownik czuje niezadowolenie szefa, jego energia przygasa. Z osoby, która działała na co dzień z wielką pewnością i poczuciem wpływu, staje się cieniem samego siebie. Przestaje sobie ufać, z mniejszym entuzjazmem podchodzi do zadań. Firma powoli traci w ten sposób osobę, która z przekonaniem ogarniała ważne praktyczne sprawy.
Ciężar rutyny
Trzeci przykład: mamy pracownika, który wykonuje zawód typowo kreatywny: tworzenie pomysłów, koncepcji, obrazów, wizji to jego codzienność i w tym czuje się bardzo dobrze. Każdy dzień jest dniem, w którym kropki przyjemnie łączą się w całość i powstaje coś nowego i ciekawego.
Pracownik ten lubi zamknięte, skończone rzeczy i żyje tym, że praca pobudza jego umysł lepiej niż kawa. Nie przepada natomiast za codziennymi, rutynowymi zadaniami, które trzeba wciąż powtarzać od nowa i które nie dają jego umysłowi paliwa, dlatego ogranicza je do niezbędnego minimum lub opakowuje w ramy wyzwania, by umysł pozostał w stanie flow.
Przychodzi szef i dodaje niby drobne zadanie do ogródka naszego pracownika: od dziś będzie wypełniał codzienny raport, do którego będzie dodawał wszystko, co zrobił danego dnia. Od tej pory pracownik musi codziennie porzucać swój przyjemny flow, który daje mu napęd, by pracowicie wypełniać tabelkę, która wydaje mu się wtórna. Impakt jego zaangażowania słabnie, pojawia się mniej pomysłów, a flow się zatrzymuje.
Wbrew uproszczeniom
Ta jedna rzecz nie zawsze stoi w ostrej opozycji do tego, co pracownikowi wychodzi najlepiej. Nie zawsze są to proste, niby-intuicyjne podziały typu „kreatywny, to nie będzie wypełniał tabelek”, „lub sobie dłubać, to nie będzie chciał rozmawiać z ludźmi”, „ma odjechane pomysły, to nie załatwi codziennej sprawy”.
Tu chodzi bardziej o strukturę myślenia i wynikające z niej (de)motywatory typowe dla danej osoby.
Posłuchajmy historii.
„Zawsze lubiłam porządkować informacje. To dawało mi spokój – taki rodzaj umysłowej medytacji. Kolorowe, logiczne tabelki były moim sposobem, by ujarzmić bogactwo pomysłów. W każdej firmie, w której byłam, tworzyłam swoje arkusze – proste, przejrzyste, dopasowane do mnie. Dzięki nim wszystko działało, procesy płynęły, a ja czułam się w swoim żywiole.
Do czasu. W pewnym momencie moja przełożona postanowiła wprowadzić nową tabelkę. Nie dlatego, że moja była zła – po prostu chciała mieć kontrolę nad procesem. Jej narzędzie było inne: skomplikowane, nielogiczne z mojej perspektywy, pozbawione ładu i estetyki. Niby drobiazg, przecież wciąż chodziło o te same dane. Ale od tego momentu straciłam całą przyjemność z planowania pracy.
To, co wcześniej było przyjemnością, zamieniło się w karę. Każde wypełnienie przypominało o tym, że nie mogę robić rzeczy po swojemu. To było jak kula u nogi – tylko dlatego, że ktoś zabrał mi naturalny sposób działania.”
Nie ma co ukrywać, że ta historia jest moją historią.
Właśnie tak działa „ta jedna rzecz”.
Niepozorna, ale potrafi zniszczyć cały mechanizm motywacji. Wystarczy nieodpowiednio dobrane narzędzie, proces czy styl komunikacji, by odebrać człowiekowi jego naturalny rytm pracy.
„Przecież za to mu płacę”
Panuje przekonanie, że na określonym stanowisku trzeba wykonywać określone rzeczy.
Przykładowo, jeśli ktoś zajmuje się firmowym blogiem, tworząc na niego przyciągające czytelników artykuły, często musi być także biegły w czytaniu statystyk odwiedzin, mimo że to dwie odmienne dziedziny wymagające odmiennych kompetencji poznawczych.
Dlatego zdanie „przecież za to mu płacę” bywa niebezpieczną pułapką.
Owszem, zakres obowiązków jest ważny, ale jeśli pracownik regularnie wykonuje czynności sprzeczne ze swoją natura, efektywność zacznie spadać mimo najlepszych intencji. Z zewnątrz będzie to wyglądało jak zniechęcenie czy lenistwo, a w istocie to sygnał, że energia ucieka w niewłaściwym kierunku.
Z perspektywy lidera często najskuteczniejszym krokiem nie jest motywująca rozmowa, tylko… zdjęcie z barków pracownika jednej konkretnej rzeczy, która go blokuje. To jak odpięcie wspomnianej kuli u nogi: nagle człowiek, który z wysiłkiem dreptał, rusza z pełną prędkością.
Co zabiera energię?
To, co dla jednego jest oczywistym standardem, dla drugiego może być źródłem codziennego napięcia. Menedżer widzi neutralne zadanie, pracownik czuje wewnętrzny opór, którego nie potrafi nawet logicznie wytłumaczyć.
Dobra diagnoza tych różnic – taka jak badanie SocioMind – pozwala uniknąć nieporozumień i frustracji. Jeśli chcesz, by Twój zespół działał z energią, zacznij od zrozumienia, co ich wstrzymuje. Umów się na bezpłatną 30-minutową konsultację, by wstępnie zdiagnozować potrzeby swojego zespołu.


Dodaj komentarz